Home
Ulubione
|
Ekspedycja rowerowa na trasie Przemyśl - Izmir
Polska - Ukraina - Rumunia - Bułgaria - Turcja
uczestnicy z ekipy: Michał
Zdjęcia z wyprawy
Wyjazd, 13 czerwca, godz. 2.35.
Do ostatniej chwili przygotowania do wyjazdu, pożegnania i w drogę. Wyjeżdżam z dworca na Stradomiu. Zaczyna się od tego, że nie ma wagonu bagażowego, więc rower muszę zapakować do schowka na szczotki, żeby go całą noc nie przestawiać. Był to nie lada wyczyn, biorąc pod uwagę, że ledwo załadowaliśmy go w trzy osoby do pociągu. Dodatkową "atrakcją" tej podróży była konieczność pilnowania zarówno bagażu, jak i roweru, wiec całą noc siedziałem na podłodze, odliczając godziny do końca podróży.
Dzień 1. 14 czerwca, Przemyśl - Medyka - Lwów. 110 km
Jesteśmy spóźnieni kilka minut. Dojechaliśmy jakoś tak o godz. 9:10. Znów trochę komplikacji z wynoszeniem roweru, ale znalazły się dwie osoby, które pomogły mi wynieść rower z pociągu. Pewien pan przejął się tak bardzo moją wyprawą, że postanowił mnie wyprowadzić aż do drogi wiodącej bezpośrednio na przejście graniczne. Dobra jakość drogi zapowiadała udaną jazdę. Pogoda również sprzyjała od początku, gdyż nie było ani gorąco, ani chłodno. Po prostu w sam raz na jazdę rowerkiem. Pomimo tego, że w przewodniku po Ukrainie zamieszczono informację, iż "przekraczanie granicy ukraińskiej nie wiąże się z jakimiś szczególnymi przeżyciami", to ja jednak przeżyłem coś, można powiedzieć, interesującego. Otóż miałem okazję tego dnia aż dwa razy przekraczać granicę w Medyce.
W przeciwieństwie do polskich celników, którzy sami doradzali mi taki sposób przejścia, celnik ukraiński nie mógł się pogodzić z faktem, ze chciałbym przekroczyć granicę przez przejście dla pojazdów. W ten oto sposób zakończył się mój pierwszy w życiu siedmiosekundowy pobyt na Ukrainie. Jako turysta wracający z zagranicy musiałem zgłosić się najpierw do odprawy paszportowej oraz celnej, za każdym razem oczywiście odczekując swoją kolejkę, aby móc powrócić do kraju ojczystego po tak "długiej tułaczce". W tym miejscu nie powinienem już pewnie wspominać, co o pracy ukraińskich celników powiedzieli ich polscy koledzy, kiedy przedstawiłem im całą sytuację. Mnie nie pozostało jednak nic innego jak tylko pomaszerować na przejście dla pieszych, gdzie zrozumiałem, dlaczego polscy celnicy wysłali mnie na przejście samochodowe.
Po pierwsze dwa razy dłużej musiałem czekać na swoją kolejkę do odprawy paszportowej, zarówno z polskiej, jak i ukraińskiej strony, gdyż z rowerem nie posiadałem "odpowiedniej siły przebicia". Po drugie barierki obrotowe nie są przystosowane do przeprowadzania rowerów, ale celnik ukraiński, wbrew prośbom ludzi, postanowił nie otwierać przejścia dla wózków, twierdząc że przejdę przez barierkę. Rzeczywiście udało mi się tego dokonać, ale okupiłem ten wyczyn siniakami na ręce i nodze.
Teoretycznie prosto ruszam na Lwów. W praktyce od początku nie było prosto - droga jest w fatalnym stanie. Jedynym plusem był brak większych wzniesień. To właściwie niedługi odcinek, gdyż w sumie przejechałem dziś około 110 km, jednak z powodu zmęczenia podróżą pociągiem i perypetiami na granicy jazda kosztowała mnie wiele wysiłku.
We Lwowie byłem około godz. 16.50, a raczej 17.50, gdyż zapomniałem, że na Ukrainie obowiązuje przesunięcie wskazówek zegara o jedną godzinę do przodu. W tej sytuacji nie zastałem już nikogo w Towarzystwie Krzewienia Kultury Polskiej i nie mogłem otrzymać adresu jakiejś taniej kwatery. Również na dworcu nie znalazłem nikogo, kto mógłby mnie przenocować. Dopiero pod gmachem Uniwersytetu spotkałem, właściwie przez przypadek, osobę, u której mogłem się zatrzymać. W ten oto sposób nocowałem w centrum Lwowa, z czego jednak nie było mi dane się nacieszyć, ponieważ jedynym pragnieniem była potrzeba snu.
Dzień 2. 15 czerwca, Lwów - Rohatyn - Iwano Frankowsk (Stanisławów) 170 km
Pobudka o siódmej rano. Zgodnie z planem podróży powinienem dotrzeć dzisiaj do Rohatynia, gdzie rzeczywiście zjawiłem się około godziny 16. Nadal nie jest gorąco, ale zaczyna się chmurzyć, co nie jest pocieszające. Droga o wiele lepsza niż wczoraj. Niestety, większość odcinków musiałem pokonać pod górkę. Na domiar złego niedługo po opuszczeniu Lwowa zgubiłem mapę, która musiała zostać zwiana podczas któregoś ze zjazdów. Właściwie od momentu ostatniego przeglądania jej zawartości do chwili, kiedy zorientowałem się, że już jej nie posiadam, przejechałem zaledwie 3 km, jednak postanowiłem jechać dalej i zaopatrzyć się w nową mapę na jakiejś stacji benzynowej. W rzeczywistości do końca pobytu na Ukrainie podróżowałem bez mapy.
Przebieg trasy znałem na pamięć, a oznakowanie tras nie jest najgorsze. Poza tym ludzie bardzo chętnie wskazywali drogę, kiedy tylko poprosiłem ich o pomoc. Po dotarciu do Rohatynia postanowiłem ruszyć dalej, aż do Iwano-Frankowska (Stanisławów), gdzie zatrzymałem się na noc w hotelu dworcowym. Ponieważ byłem z rowerem, recepcjonistka zgodziła się dać mi pokój czteroosobowy tylko do mojej dyspozycji, oczywiście w cenie jedynki. Wieczorem krótki spacer na rynek i z powrotem na kwaterę. W sumie po 11 godzinach jazdy dzień zakończył się na dystansie około 170 km.
Dzień 3. 16 czerwca, Iwano Frankowsk - Kołomyja - Czerniowce 140 km
Pobyt na Ukrainie miał się zamknąć w czterech, góra pięciu dniach. Jednak ukraiński celnik dał mi na przejechanie kraju tylko trzy dni, oczywiście wpisując te informacje do paszportu. W ten sposób planowane wcześniej miejsca postoju musiały ulec zmianie. Po dniu z nadprogramowymi kilometrami postanowiłem przejechać 60 km do Kołomyi i dalszą część podróży przez Ukrainę przebyć pociągiem. Przejście graniczne z Ukrainy do Rumunii prowadzące na Seret nie ma przejścia pieszego, więc nie chciałem już ryzykować zawracania do stacji kolejowej po ewentualnym odesłaniu mnie przez służby graniczne. Na miejsce dotarłem około godz. 13.
Sam nie wiem, co mnie podkusiło, ale postanowiłem jednak zaryzykować i pojechać dalej na rowerze 80 km do Czerniowców. W ostatecznym rozrachunku przejechałem kilka kilometrów za Czerniowce, gdzie zatrzymałem się u pewnej rodziny. Tak naprawdę nie jest łatwo znaleźć nocleg na kwaterze, jeśli gospodarze sami nie szukają lokatora. Na szczęście znalazła się pewna rodzina, która zgodziła się mnie przenocować.
Właściwie już w tym momencie powinienem podsumować swój pobyt na Ukrainie, ponieważ jutro pozostaje mi tylko dojechać do granicy. Z całego swojego pobytu żałuję, że przy podróży rowerem nie ma tak na prawdę możliwości zwiedzania kraju poza podziwianiem widoków w czasie jazdy. Każda chwilę po dotarciu do jakiegoś miasta staram się wykorzystać na zregenerowanie sił i ewentualnie zrobienie kilku zdjęć.
Dzień 4. 17 czerwca, Czerniowce - Seret - Botosani - Plugari 130 km
Pomimo moich obaw związanych z przekraczaniem granicy wszystko przebiegło bez większych problemów. Chwila oczekiwania po stronie ukraińskiej i pozostaje już tylko odprawa przez rumuńskich celników. Nie było nawet problemów z porozumiewaniem się. Celnicy trochę z politowaniem patrzyli na mój obładowany rower i kiwali głowami, i nawet nie kazali otwierać bagażu. Zapytali tylko o ilość gotówki i życzyli "Drum bun", tzn. Szerokiej drogi.
Słońce zaczyna coraz bardziej prażyć i powoli zaczynam się coraz bardziej męczyć. Dziś trochę zboczyłem z trasy i przy wyjeździe z Botosani ruszyłem nie tą droga. Na szczęście nie trzeba było zbyt dużo nadrabiać żeby dostać się na właściwy odcinek. Jedyny problem to droga, którą jechałem na właściwą trasę. Po prostu skończył się asfalt. Musiałem zwolnić i rozbiłem namiot trochę za Plugari. Po przejechaniu 165 km jedynym moim marzeniem było tylko zasnąć. Niestety, nie można się solidnie wyspać, gdyż tylko rano można w miarę spokojnie jechać, by się nie wykończyć w pełnym słońcu.
Dzień 5. 18 czerwca, Plugari - Jassy - Vaslui 130 km
Po śniadaniu i spakowaniu namiotu, co łącznie zajęło mi półtorej godziny, mogłem znowu ruszyć w drogę. Droga do Jassy, byłej stolicy Rumunii, wiedzie przez piękne, ale bardzo górzyste tereny wzdłuż granicy z Mołdawią. Samo Jassy jest niesamowite. Znajduje się tutaj pierwszy rumuński uniwersytet, a co krok inne muzeum. Niestety, znów mój pobyt w mieście ograniczył się jedynie do odpoczynku, uzupełnienia zapasów wody i jedzenia oraz do wymienienia gotówki. Wyjazdowa droga południowa z Jassy jest wyjątkowo stroma. Biorąc pod uwagę dotychczasowy dystans, prażące niemiłosiernie słońce oraz ciężki bagaż, nie miałem innego wyjścia, jak tylko wepchnąć rower pod górkę na odcinku prawie 5 km. W przyszłości stanie się normą, że w skwarze będę raczej zsiadał i wpychał rower, ponieważ przy tak dużym ciężarze bagażu nie jestem w stanie wjeżdżać z odpowiednią prędkością, aby utrzymywać stabilnie rower.
Pozostały odcinek upłynął raczej na zjazdach niż na podjazdach. Udało mi się w sumie przejechać 154 km, ale przy tym upale było to naprawdę wyjątkowo uciążliwe. Miejsce noclegowe znalazłem dopiero po zmroku, kilkanaście kilometrów za Vaslui. Zatrzymałem się w przydrożnym barze, gdzie istnieje możliwość rozbicia namiotu. Jednak panie, które miały nocną zmianę, zaproponowały, abym przespał się w pokoju dla kierowców, ponieważ i tak nie ma żadnego klienta. W ten oto sposób nocowałem jak dotychczas w najlepszych warunkach.
Dzień 6. 19 czerwca, Vaslui - Barlad - Galacz 130 km
Tej nocy wyspałem się chyba najlepiej. Znów z samego rana w drogę, ale znacznie wolniej niż dotychczas. Dzień zapowiada się słonecznie. Jestem już tak zmęczony, że potrzebuję coraz częstszych odpoczynków, a każde wzniesienie męczy mnie coraz bardziej. Tuż przed miejscowością Barlad odbiłem na wschód i ruszyłem na Galacz. Niestety, według mapy droga, którą zamierzałem jechać, miała być w miarę dobrej jakości asfaltówką, a okazała się na odcinku ponad 10 km zwykłym rozjeżdżonym piachem z niewielką iloscią żwiru. W sumie jednak cała droga na Galacz przebiegała znośnie bez większych utrudnień. Jedynie pogoda zaczęła się zmieniać. Na początku trochę popadało, a później zerwał się silny wiatr, jednak ostatecznie obyło się bez większych rewelacji.
Po przejechaniu około 160 km na noc zatrzymuję się w kafejce internetowej, gdzie przez pół nocy piszę tę relację. Mam nadzieje, że uda mi się bez większych problemów dotrzeć już pojutrze nad Morze Czarne. Znad brzegu Dunaju pozdrawiam wszystkich serdecznie. Jeszcze raz dziękuję wszystkim za wsparcie i otuchę, której mi dodają podczas tej podróży.
Dzień 7. 20 czerwca, Galati - Babadag - Baia, 128 km
To była ciężka noc. Kolejna nieprzespana. Ponieważ w Gulaczu nie znalazłem noclegu, całą noc spędziłem w kafejce internetowej. Do drugiej nad ranem pisałem sprawozdanie z przebiegu podróży. Mój przydział czasu przy stanowisku pozwalał mi zostać do siódmej rano. Chłopak, który miał akurat nocną zmianę, około czwartej nad ranem zlitował się nade mną i zaproponował, że teraz on popilnuje mojego roweru, a ja mogę się chwilę przespać przy stanowisku. Co prawda spanie na siedząco nie jest zbyt komfortowym zajęciem, ale pozwoliło mi to przynajmniej następnego dnia nie spaść z roweru. O siódmej zamykano kawiarenkę, więc Daniel odprowadził mnie do drogi biegnącej bezpośrednio do punktu przeprawy promowej, czyli jakieś 2 km. Później pozostało już tylko odczekać do ósmej na prom.
Po 20 minutach byłem już na drugim brzegu. Jak na razie rower sprawuje się w miarę nieźle, może poza kilkoma usterkami. Najbardziej uciążliwy jest brak czucia w dłoniach. Coraz trudniej jest mi wykonywać najłatwiejsze czynności, jak np. przygotowywanie posiłków czy składanie śpiworu. Nie wiem, czy to upał, czy zmęczenie (zapewne jedno i drugie), ale jedzie mi się coraz trudniej. Na dziś jedynym moim celem pozostaje dotarcie na wybrzeże. Myślałem o dojechaniu gdzieś na wysokość Navodari, przybrzeżnej miejscowości, oddalonej jakieś 15-20 km od Constancy. Zmęczenie jednak wzięło górę. Nie jestem obecnie w stanie wjechać na żadne wzniesienie przy tak obciążonym rowerze, przez co każdego dnia skraca się pokonywany przeze mnie dystans.
Teoretycznie powinienem jeden dzień w tygodniu poświęcić na odpoczynek, ale jakoś sam nie mogę się do tego zmobilizować. Ostatecznie zatrzymuję się jakieś 5 km za Baia. Jestem tak zmęczony, że nie mam siły rozłożyć namiotu, a jest już zupełnie ciemno. Nie widać księżyca, więc sprzęt rozkładam przy lampce rowerowej oraz latarce przytroczonej do czoła. To mój drugi nocleg na dziko. Jedynym pocieszeniem jest to, że w Rumunii takie praktyki nie są nielegalne. Każdego wieczoru zasypiam od razu, gdy tylko się położę.
Dzień 8. 21 czerwca, Baia - Constanca - Jupiter, 127 km
To był całkiem przyjemny dzień. Wprawdzie jestem bardzo zmęczony, ale na pewno szczęśliwy. Docieram dziś nad Morze Czarne. W drodze na wybrzeże przejeżdżam przez Istrie (Histrie), najstarszą miejscowość w całej Rumunii. Niegdyś wyjątkowo ważne miejsce zarówno dla Greków, jak i dla Rzymian, obecnie pozostaje maleńką wioską, gdzie nie zauważyłem nawet jednego sklepiku. Przez drzewa delikatnie przebija się już błękit morza, choć wtedy nie byłem jeszcze tego pewien. Po wjeździe do Mamai jestem już tego pewien w stu procentach.
Jeszcze godzina i krążę po Constancy w poszukiwaniu miejsca, gdzie mógłbym zjeść coś ciepłego. Dopiero zaspokoiwszy tę podstawową potrzebę jadę na wybrzeże. Widok jest niesamowity. Stoję na wzgórzu i podziwiam bezkresne, aksamitne Morze Czarne. Kończy się pierwszy etap mojej wyprawy. Teraz pozostaje mi już tylko dotrzeć do azjatyckiej części Turcji, gdzie zakończę podróż.
Dzisiejszej nocy postanowiłem spać w Costinesti. To najbardziej popularne miejsce wśród rumuńskich studentów. Z pewnością gdybym lepiej poszukał, to znalazłbym jakieś wolne miejsce, ale ponieważ zostało mi jeszcze trochę wolnego czasu, postanawiam jechać do Saturna i spać na tamtejszym kempingu, jakieś 12 km od przejścia granicznego z Bułgarią. Niestety, kemping w Saturnie jest zupełnie zdemolowany, więc nie pozostaje mi nic innego, jak tylko wrócić do Jupitera i nocować na miejscowym kempingu. Jeszcze tylko wieczorny spacer, ciepła zupa na kolację w miejscowym bufecie i powrót do namiotu. Ponieważ pole jest ogrodzone i strzeżone całą noc, bez obaw mogę zostawić swój rower na zewnątrz.
Dzień 9. 22 czerwca, Jupiter - Vama Veche - Kavarna - Balcik - Warna, 129 km
Dzisiaj wjeżdżam do Bułgarii. Problemy zaczynają się już 3 km przed przejściem granicznym. Zatrzymuje mnie patrol straży granicznej i prosi o pokazanie mojej wizy, którą powinienem otrzymać przy wjeździe do Rumunii. Tylko nieliczni "szczęśliwcy" nie otrzymują tego kwitu, a ja właśnie do takich dołączyłem. Nie byłoby żadnego problemu, gdyby nie fakt, że jeśli ktoś zgubi swoją wizę, to podczas opuszczania kraju musi uiścić opłatę równą wydaniu nowej wizy. Właśnie z tego powodu pytałem rumuńskiego celnika podczas wjazdu, czy otrzymam wizę, ale powiedział mi, że to nie problem i mogę podróżować bez wizy... Cóż, innego zdania była straż graniczna.
Wytłumaczyłem im całą sytuację i skończyło się tylko na ostrzeżeniu, że będę miał kłopoty przy wyjeździe. Na granicy spotkałem celnika, który jakimś cudem mówił po polsku, więc udało mi się przedostać przez odprawę bez większych problemów. Z bułgarskiej strony tylko stempel do paszportu i droga wolna. I to jaka droga: wąska, dziurawa i w dodatku cała w rozsypce. Całkiem niezły początek podróży po Bułgarii.
Po pewnym czasie droga się poprawiła, ale w zamian za to nowa niespodzianka: zakaz jazdy rowerem. W ostateczności mógłbym pojechać podrzędnymi drogami, ale - niestety - nie było nawet takiej trasy. Jak się później okazało zakaz rzeczywiście istnieje, ale obowiązuje jedynie w godz. 19.00-6.00. Ktoś po prostu nie zadbał o umieszczenie takiej informacji pod znakiem. Można pomyśleć, że to zabawne, ale to nie koniec bułgarskich żartów.
Przy tym stopniu wyczerpania jedynym moim pocieszeniem dzisiejszego dnia przed noclegiem w Warnie miał być przejazd przez niesamowity park nadmorski należący do przedmieść Warny. Niesamowity (podobno), gdyż na drodze napotkałem znak kierujący mnie co prawda do Warny, ale od północy, a nie od wschodu, jak planowałem. Drobnostka, jednak wystarczyła, żeby nadrobić drogi, a na dodatek jeszcze ominąć trasę widokową jednego z najsłynniejszych w świecie parków nadmorskich. W zamian za to spotkałem Giorgia, rowerzystę, który wraz z Damianem (pół krwi Polakiem) mieli pomóc mi znaleźć miejsce na dzisiejszą noc.
Ostatecznie poszedłem do Giorgia. Na miejscu uzyskałem informacje o możliwości noclegu przy kościele w Malko Tarnovo u polskiego księdza. Dodatkowo Giorgio zajął się moim rowerem. Po dokładnym przeglądzie i konserwacji jedzie się o wiele lepiej.
Dzień 10. 23 czerwca, Warna - Słoneczny Brzeg, 111 km
Zgodnie z planem miałem dziś nocować w Burgas. Nie udało się. Pod wieczór docieram do Nesebaru i tam poznaję Denko. Pomaga mi znaleźć miejsce na dzisiejszą noc. Zadziwiające, okazuje się, że zaprowadził mnie tam, gdzie byłem godzinę wcześniej i nie było wolnych miejsc. Tymczasem po pertraktacjach Denko mogłem nie tylko zostać na noc, ale również zapłacić za nocleg tzw. bułgarską stawkę. W Bułgarii bowiem stosowany jest tzw. system podwójnych cen. Polega to na tym, iż inne są opłaty dla mieszkanców Bułgarii, a inne dla turystów (zazwyczaj 2-3 razy wyższe). W ten sposób dobiega końca, jak mi się na razie wydaje, moja podróż po Bułgarii. Następnego dnia planuję dojechać do Burgas (około 40 km) i wypocząć tam cały dzień, nabrać sił i i dopiero wtedy ruszyć dalej w drogę.
Dzień 11. 24 czerwca, Słoneczny Brzeg - Burgas - Małko Tyrnovo 112 km
Dziś wstałem trochę później. Postanowiłem odpocząć w Burgas, więc nie musiałem się spieszyć. Do przejechania mam tylko jakieś 30 km . Jazda wzdłuż wybrzeża ma swoje plusy i minusy. Do plusów można zaliczyć przyjemny chłodny wiatr, natomiast minus, którego doświadczyłem osobiście, to zbyt silny wiatr. W pewnej chwili zawiało z taką siła, że zniosło mnie jakieś 1,5 m na środek jezdni. Na szczęście nic za mną nie jechało i wszystko skończyło się na strachu, ale od tego momentu zacząłem trochę mocniej trzymać się roweru.
Żar jest już nie do zniesienia. Nawet jazda w pobliżu morza nie daje większego ukojenia. W Burgas jestem około południa. Zatrzymuję się na chwilę w nadmorskiej kafejce, aby trochę odpocząć i napić się czegoś zimnego. Okazało się, że właściciel lokalu ma polskich znajomych i bardzo chętnie udzieli mi kilku cennych informacji. Po dwugodzinnym postoju w Burgas postanowiłem jednak nie szukać noclegu tylko jechać bezpośrednio do Małko Tyrnovo i, korzystając z informacji przekazanych mi przez Dymitryja, jeszcze w Warnie zatrzymać się u polskiego księdza.
Droga jakoś dziwnie strasznie się dłużyła. Na całej trasie od Burgas do Małko Tyrnovo znajdują się tylko trzy miejscowości. Kiedy minąłem już tę ostatnią, nie robiło się jeszcze ciemno, ale było na tyle chłodno, że przebudziło się większość owadów. Zmęczenie odczuwałem już tak mocno, że nawet na prostych odcinkach drogi postanowiłem pchać rower. Nie był to jednak dobry pomysł. Kiedy tylko nie poruszałem się szybciej, zaraz obsiadało mnie mnóstwo małych muszek. Ponieważ trasa wiedzie przez las, trudno jest tam znaleźć nasłoneczniony odcinek drogi, gdzie byłoby mniej owadów. Powoli zaczęło się to robić bardzo denerwujące - muszki obsiadywały całe ręce, a niektóre wchodziły nawet do oczu.
To była chyba najszczęśliwsza chwila w czasie całej podróży, kiedy zobaczyłem tabliczkę informującą, że wjeżdżam właśnie do Małko Tyrnovo. Trochę niepokojąco wyglądały tylko opuszczone domy i bloki. Trudno było również zauważyć kogoś na ulicach. Wreszcie dojrzałem dwójkę dzieci (w wieku 14 i 9 lat) jadących na rowerach. Na wszelki wypadek zapytałem, czy mówią po angielsku, choć w takiej wiosce nie mogłem wiele oczekiwać. Byłem wielce zaskoczony, kiedy okazało się, że Aleksandra mówi płynnie po angielsku. Powiedziała mi również, że wie, gdzie znajduje się katolicki kościół i może tam ze mą pojechać. Pojechaliśmy prosto na plebanię, która w przeciwieństwie do polskich nie znajduje się zaraz przy kościele.
Aleksandra przedstawiła mnie tamtejszemu kapłanowi i pojechała w swoją stronę. Miałem pewne obawy, czy będę mógł się zatrzymać na parafii. W końcu przyjęcie kogoś zupełnie nieznajomego nie jest do końca bezpieczne. Dlatego zapytałem się, czy będę mógł przenocować w namiocie. Ojciec Roman zaprosił mnie od razu do domu. Na miejscu był również ojciec Lucjan z Burgas. Rozmawialiśmy jeszcze kilka godzin, a później już tylko prysznic i sen.
Dzień 12. 25 czerwca, Małko Tyrnovo
Ojcowie zaproponowali, abym dzień spędził na miejscu i trochę wypoczął. Tak naprawdę chyba bym nie miał siły odmówić. Pierwszy dzień odpoczynku od początku wyprawy miał pomóc zregenerować moje siły.
Parafia pw. Św. Trójcy, w której przyszło mi spędzić ten dzień, jest również Sanktuarium Matki Boskiej Częstochowskiej patronki jedności chrześcijan. Obraz NMP znajdujący się w miejscowym kościele został koronowany przez samego Ojca Świętego podczas jego ostatniej pielgrzymki do Bułgarii. Ojcowie Roman i Lucjan należą do zakonu zmartwychwstańców i jako księża rzymsko-katoliccy wyjechali do Bułgarii na misje. Ojciec Roman wyjaśnił mi również, że Małko Tyrnovo było kiedyś czternastotysięcznym miasteczkiem i rozwijało się bardzo dobrze do czasu zamknięcia kopalń. Wówczas większość ludzi opuściła miejscowość w poszukiwaniu pracy i obecnie żyje tam niespełna 3 tysiące ludzi.
Dzień 13. 26 czerwca, Małko Tyrnovo - Kirklareli - Babaeski - Lileburgaz - 113 km
Wczorajszy dzień, pomimo braku jazdy, minął mi bardzo szybko, jak dla mnie to nawet za szybko. Ojciec Roman odprowadził mnie do drogi prowadzącej bezpośrednio do granicy. Trochę smutno wyjeżdżać, ale we wrześniu spotkamy się ponownie podczas jego wizyty w Polsce. Wraz z grupą dzieci z parafii odwiedzą również Częstochowę.
Do granicy pozostaje dziesięć kilometrów. Pierwszy raz miałem przeszukany bagaż, co prawda tylko kilka kieszeni, ale i tak zajęło to trochę czasu. Na trasie mojej wyprawy Turcja jest jedynym krajem, gdzie przed wjazdem musiałem wykupić wizę. Można to załatwić na dwa sposoby: na granicy albo jeszcze w Polsce. Koszt takiej wizy na granicy wynosi 10 USD. Natomiast w Polsce 230 zł. W tej sytuacji wybrałem tę pierwszą możliwość.
Po załatwieniu wszelkich formalności wjeżdżam już do nowego kraju, a tam kolejne doświadczenie. Tym razem żwir. Upały w Turcji roztapiają asfalt i dlatego co jakiś czas należy rozsypywać żwir, który wciskany pod ciężarem samochodów pozwala lepiej trzymać się nawierzchni. Jadąc rowerem, kłopot sprawia jedynie zapadanie się w podłoże, co utrudnia zarówno szybką jazdę, jak i sprawne manewrowanie.
W miarę szybko docieram do Kirklareli, gdzie wymieniam pierwszą część pieniędzy. Po kolejnych 40 km docieram wreszcie do Babaeski. Z tego miejsca mam dwie możliwości dojechania do Tekirdagu. Pewien miejscowy doradził mi, aby jechał na wschód, gdyż podobno droga będzie mniej górzysta. Jak dla mnie, słowa "mniej górzysta" brzmią cudownie. Mam już tak naprawdę dość wszelkich wzniesień i chciałbym dotrzeć jak najszybciej do morza, by podróżować już tylko wzdłuż wybrzeża. Jak się jeszcze okaże, wszystko będzie wyglądać "odrobinę" inaczej.
Po dotarciu do Lileburgaz od razu zacząłem szukać noclegu, gdyż w pobliżu nie ma już żadnego pola namiotowego. Niestety, nie mogłem znaleźć nikogo, kto mówiłby po angielsku, więc przyszła pora, aby wykorzystać "mój turecki". Pomimo złej wymowy ogólny sens był jednak zrozumiały. Niestety, mężczyzna, którego zapytałem o czysty i tani hotel, odpowiedział mi taką "wiązanką" tureckiego, że nie byłem w stanie zrozumieć ani jednego wyrazu. Jedyne do czego doszliśmy po ok. 5 minutach konwersacji, to: czy ma to być pokój z łazienką, czy też bez.
Licząc na tanie lokum, odpowiedziałem, że ostatecznie może być bez. W praktyce moja wypowiedź ograniczyła się jedynie do "yok", czyli "nie". Dopiero później dowiedziałem się, że Ferhat proponuje mi miejsce na zapleczu jego warsztatu. Chodziło tylko o to, że jest tam jedynie łóżko, ale nie ma prysznica. Nie chciałem sprawiać kłopotu, ale ponieważ nie potrafiłem tego powiedzieć, mogłem co najwyżej odmówić i odejść, ale w perspektywie pozostawały mi ponowne próby dogadywania się z miejscową ludnością. I tak o to spędziłem wieczór z Ferhatem i jego 9-letnim synem na zwiedzaniu miasta, które pod wieczór wygląda naprawdę uroczo.
Dzień 14. 27 czerwca, Lileburgaz – Tekirdag –Murefte 113 km
Obudziło mnie pukanie w okno. To Ferhat, który zostawił mi klucze do warsztatu chciał teraz dostać się do środka. Nawet nie odczułem tego, że spałem. Wydawało mi się, że dopiero co położyłem się do łóżka. Jeszcze tylko szybkie pożegnanie zaraz ruszam w drogę. Od Muratli dzieli mnie tylko 25 km . Wystarczyło zebrać w sobie siły i po godzinie znalazłem się nad brzegiem Morza Marmara To niesamowite uczucie. Tym razem morze nie przypomina już naszego Bałtyku. Jest całe turkusowe, a pod wieczór, jak się później okaże, nabiera lekko różowawego koloru. Coraz mocniej odczuwam, że wyprawa zbliża się do końca.
Ponieważ droga, aż do Sarkoy biegnie cały czas wzdłuż wybrzeża (oczywiście tylko na mapie) to postanawiam dotrzeć do tej miejscowości jeszcze dzisiaj i tam właśnie spędzić dzisiejszą noc. W drodze okazuje się, że muszę wjechać z poziomu zero na wysokość około 500 m . Po prostu taka trasa wzdłuż wybrzeża. Wepchnięcie roweru zajęło mi około czterech godzin. Dodatkowym utrudnieniem był brak asfaltu zastąpiony mieszanina piachu i kamieni; ewentualnym urozmaiceniem pozostaje wysypany co jakiś odcinek żwir. Tym razem o wiele trudniej było zjechać w dół. Pojawiły się pierwsze problemy z dętkami. Ponieważ w żadnej przebitej dętce nie mogłem znaleźć dziury, to za każdym razem musiałem wymieniać całą dętkę.
Pod wieczór docieram do miejscowości nie umieszczonej na mapie, a znajdującej się pomiędzy Murefte, a Eriklice. Zatrzymałem się na nocleg w prywatnym domu. Po kolacji spacer wzdłuż wybrzeża oraz planowanie jutrzejszej trasy. W przeciągu najbliższych 24 h powinienem opuścić Europę i rozpocząć podróż po Azji
Dzień 15. 28 czerwca, Murefte – X 53 km oraz X - Gellibolu – Lapseki - Cannakale 92 km
Pozostało mi tylko dojechać do Sarkoy, dokąd wiedzie bardzo przyjemna trasa. Bez większych wzniesień, bez mocnego wiatru, można by rzec, że to droga idealna. Od Sarkoy mam jednak do wyboru dwie drogi. Starałem się wybrać taką trasę która byłaby zarówno w dobrym stanie, a także pozwalałaby na ominięcie większych wzniesień. Ostatecznie zdecydowałem się na drogę biegnąca prawie cały czas wzdłuż wybrzeża, która jedynie na krótkim odcinku odbija od wybrzeża. W trakcie jazdy okazuje się, że w rzeczywistości mam do wyboru więcej dróg niż uwzględniono na mapie. Na skutek tych „drogowych bonusów” znalazłem się w innym miejscu niż początkowo zamierzałem. Nie przeczę, że widoki rekompensowały mi trud wjeżdżania (a raczej rytualnego już wpychania roweru) pod górę. Niestety drogą powoli zamieniała się w zwykłą mieszaninę piachu i kamieni. Podczas jednego ze zjazdów kolejny już raz przebiłem tylną oponę. W ten oto sposób pozostałem bez mojego podstawowego środka transportu. (Jak okazało się po powrocie do Częstochowy nawet kolejna wymiana dętki nic by nie pomogła, ale o tym później) Po przejściu z rowerem około 5 km znalazłem się już na prostej drodze do Gellibolu; można powiedzieć, że znalazłem się punkcie X. Od miejscowości dzieliło mnie wprawdzie 20 km, ale ponieważ było już po 15 to nie było już szans na dotarcie pieszo do miasta. W tej sytuacji musiałem dostać się tam jakimś środkiem zastępczym. Podróż zarówno autobusem oraz dolmuszem nie wchodziła w grę więc pozostało mi tylko złapać jakąś „okazję”.
Cóż łapanie stopa z rowerem nie należy do rzeczy najprostszych. Czekanie na kierowcę, który zgodziłby się zabrać mnie te 20 km zajęło mi około półtorej godziny. Kierowca był na tyle miły, że podwiózł mnie do samego punktu przeprawy promowej. Pozostało jeszcze tylko odczekać prawie godzinę na właściwy prom ponieważ ten o 17 właśnie odpłynął. Przeprawa do Lapseki upłynęła mi zarówno na podziwianiu widoków oraz na poszukiwaniu kierowcy, który zgodziłby się zabrać mnie ze sobą do Canakkale (72 km). Niestety dwóch kierowców, którzy chcieli pomóc jechali w zupełnie inną stronę. W ten oto sposób swoje poszukiwania musiałem przenieść do miasta. Wraz z rowerem dotarłem pieszo do drogi wylotowej z miasta i tam rozpocząłem wyczekiwania na kolejnego busa. Tym razem czekałem jedynie około pół godziny. Dwóch młodych farmaceutów podwiozło mnie bezpośrednio pod hotel Yellow Rose, gdzie miałem spędzić swoja pierwszą noc w azjatyckiej części Turcji. Cały wieczór spędziłem na uzupełnianiu dziennika wyprawy.
Tego wieczoru musiałem również podjąć najważniejszą decyzję całej podróży: w tym miejscu kończę podróż rowerem. Była to bardzo trudna decyzja, ale nie żałuję jednak że właśnie taką podjąłem. Mogłem wprawdzie oddać uszkodzony rower do naprawy, zaopatrzyć się w nowe dętki i zaryzykować dalszą podróż na rowerze. Jednak myśl o tym, że tak szybko łapię kolejne „gumy” nie dawała mi spokoju. Mogło to oznaczać tylko jedno, że awaria musi być trochę poważniejsza. Drugi jeszcze ważniejszy powód: kończące się już fundusze. Nie wiedziałem ile przyjdzie mi zapłacić za naprawę, a musiałem jeszcze jakoś przeżyć do 4 lipca, gdyż na ten termin miałem zarezerwowane miejsce w samolocie. Skończyły się również zapasy jedzenia z Polski więc wszelkie jedzenie musiałem kupować na miejscu.
Dzień 16. 29 czerwca, Cannakale – Izmir 320 km
Dzisiejszy dzień poświęcam na łapanie stopa. Byłem jedynie ciekaw ile razy będę musiał się przesiadać w drodze do Izmiru i czy w ogóle uda mi się dziś dojechać na miejsce. Po dotarciu do drogi wylotowej z miasta po około pięciu minutach zatrzymał się pierwszy samochód. Podróżowała nim trójka znajomych. Ponieważ tylko dziewczyna mówiła po angielsku więc została tymczasowym tłumaczem pomiędzy kierowcą oraz moja skromna osobą. Niestety jak się okazało mieli oni przed sobą jeszcze tylko 60 km drogi na dodatek w zupełnie innym kierunku. Po tej krótkiej, ale jednak bardzo miłej rozmowie odjechali dalej, a ja zacząłem rozmyślać, że podróż do Izmiru będzie chyba jednak o wiele trudniejsza niż sobie to jeszcze wczoraj wyobrażałem. Nie minęło jednak nawet pięciu minut jak zjawił się przede mną ten sam czarny mercedes wraz z trójką znajomych. Poinformowali mnie, że właściwie mogą pojechać ze mną te 320 km do Izmiru, Wprawdzie czytałem wcześniej o wielkiej gościnności Turków, ale żeby, aż do tego stopnia...? Zaproponowałem zatem, że zwrócę przynajmniej koszty paliwa. Dziewczyna powiedziała jednak, że to żaden problem tylko najpierw musimy pojechać te 60 km, aby odwieźć ją na miejsce, a później będę podróżował już tylko z kierowcą i jego drugim pasażerem, aż do Izmiru. Byłem chyba tak samo mocno zszokowany jak i wdzięczny za zaproponowaną pomoc. Podróż mijała bardzo miło Droga, której pokonanie rozważałem jeszcze wczoraj rowerem , dziś przemierzałem samochodem Z jednej strony podziwiałem niesamowicie piękne górskie krajobrazy, z drugiej natomiast cieszyłem się, że nie muszę wpychać tutaj roweru.
Wieczorem znalazłem się w centrum Basmane, centralnej dzielnicy Izmiru, w której miałem spędzić kilka najbliższych nocy. Po znalezieniu hotelu pozostało mi tylko się wyspać. Na szczęście planowanie kolejnego dnia mogłem pierwszy raz przełożyć na kolejny dzień.
Dni 17. i 18. 30 czerwca 1 lipca Izmir
Trochę smutno, że wszystko zbliża się do końca jednak myśl o powrocie napełnia jeszcze większą radością. Ze względu na ograniczony budżet postanowiłem, jeśli będzie to tylko możliwe, przebukować termin wylotu na jakiś wcześniejszy. Na szczęście nie było z tym problem i mogłem wracać do Polski już 2 lipca. Pozostały czas spędziłem... hm powiedzmy, że na zwiedzaniu miasta, a raczej na krótkich spacerach i przesiadywaniu na wybrzeżu. Ponieważ cały czas odczuwam zmęczenie czas mija mi bardzo szybko.
Dzień 19. 2 lipca, Izmir – Stambuł – Warszawa – Częstochowa
Tego dnia musiałem wstać o 4.300, aby zdążyć na pociąg odjeżdżający w kierunku lotniska Menderesa. Była to jedyna możliwość dotarcia na miejsce wraz z rowerem. Na miejscu byłem na dwie godziny przed czasem. Jednak załatwienie formalności dotyczących przewozu roweru zajęła mi około godziny. Lot do Stambułu trwał 45 minut. Na miejscu dwie kolejne godziny oczekiwania na samolot rejsowy do Warszawy. Po 3 godzinach i 20 minutach lądujemy na Okęciu. Teraz tylko chwila niepewności czy ktoś po mnie wyjechał, czy też może przyjdzie mi jeszcze wracać do Częstochowy pociągiem. Niestety musiałem się z tym liczyć gdyż planowo miałem wrócić dwa dni później. Na 4 lipca został również załatwiony bus którym mieliśmy pojechać do Częstochowy wraz z całym sprzętem. Na szczęście czekają na mnie Joasia i Marcin. To była najszczęśliwsza chwila całej podróży. Chyba dla niej warto było tak naprawdę jechać ponad dwa tysiące kilometrów. Nie potrafię tego nawet opisać. Ktoś ostatnio napisał, że słowa tylko spłycają to co chcemy przekazać, zatem lepiej, abym przemilczał to co wtedy czułem.
I tak oto kończy się wyprawa rowerowa Przemyśl – Izmir 2003. W tym miejscy chciałbym podziękować z całego serca wszystkim, którzy pomogli mi przygotować całą wyprawę oraz wspierali mnie w czasie mojej podróży. Bez nich z pewnością nie udało by mi się zrealizować tej podróży. Dziękuję :DDD.
Michał Zmysłowski
| PATRONAT HONOROWY |
PATRONAT PRASOWY |
PATRONAT RADIOWY |
 |
 |
 |
 |
|
|
 |
|
|
|
|